WAŻNE!!
Od 01 stycznia 2020 roku istnieje możliwość osobistego spotkania w gabinecie w Gdańsku. Zapraszam wszystkie chętne osoby do skorzystania z konsultacji i dietoterapii w Instytucie Terapii Witaminowej przy ul. Hynka 67 w Gdańsku Zaspie. Rezerwacja wizyt: https://www.znanylekarz.pl/katarzyna-boczar/dietetyk-terapeuta/gdansk

O tym jak miałam ciężko jako wegetarianka - czyli mój sposób odżywiania (nie) jest tylko moją sprawą


Na wegetarianizm postanowiłam przejść jeszcze jako dziecko (miałam około 12 lat).
Podjęłam taką decyzję, ponieważ bardzo kochałam zwierzęta (nadal kocham) i było mi ich żal, że są zabijane i zjadane przez nas.
Wiem, że w naturze silniejsi zabijają słabszych, ale nie chciałam w tym uczestniczyć.
Z dnia na dzień odstawiłam mięso, wędliny, kiełbasy, jadłam za to ryby (pal licho, że u mnie na stole królowała/króluje głównie panga).
Oczywiście mój sposób odżywiania nie spotkał się z aprobatą rodziny. Mówili, że mi coś odbiło, że jestem nienormalna, że jak nie będę jadła mięs, to zachoruje i umrę.
Nakładali mi siłą na talerz potrawy mięsne, były ciągle awantury, dziwne spojrzenia i komentarze przy stole.
Dochodziło nawet do tego, że matka z babcią oszukiwały mnie, że mięso, które dają mi na talerz, to nie jest mięso tylko soja (tak dobrze wiedziałam, że to jest oszustwo, z resztą ze trzy lata temu babcia się przyznała, że próbowały mi wcisnąć mięso w ten sposób).


Pamiętam kilka sytuacji, które z perspektywy osoby dorosłej wydają mi się perfidnym szantażem i zwyczajnym brakiem szacunku.

1. Byłam na wakacjach u ciotki i właśnie nadeszła pora obiadowa (ciotka wiedziała, że ja mięsa nie jem). Oczywiście dostałam kotleta z ziemniakami i jakąś tam surówką.
Przypomniałam, że ja jestem wegetarianką, na co ciotka "ale jak już jest ten kotlet zrobiony, to musisz zjeść, bo ja się tak napracowałam".
Nie zjadłam.
  2. Jakaś uroczystość rodzinna. Matka z babcią próbują nakładać mi siłą mięso na talerz. Oczywiście zaczynają się narzekania na to że ja nie jem mięsa, a ktoś się napracował piekąc je i że ja jestem niewdzięczna, w głowie mi się poprzewracało, jak nie będę jadła mięso to zachoruje i umrę.
Na moją odpowiedź "patrz w swój talerz" usłyszałam, że mam nie pyskować.
Również nie zjadłam.

3. Kiedyś moja babcia zachorowała i lekarz przepisał jej zastrzyki. Przychodziła do domu pielęgniarka środowiskowa i robiła jej te zastrzyki.
Pewnego dnia siedziałam w swoim pokoju i szykowałam się do szkoły. Nagle słyszę jak babcia zaczyna się skarżyć pielęgniarce, że ja nigdy mięsa nie jem.
Zatroskana o moje zdrowie pyta pielęgniarkę co ze mną dalej będzie, kiedy dostanę białaczki i umrę (coś w tym stylu) no bo przecież to niemożliwe, aby wegetarianka była zdrowa.
Pielęgniarka proponuje zrobienie mi badań krwi, na co babcia odpowiada, że kilka dni temu zrobiłam i że mam dobre, ale to przecież jest niemożliwe (zawsze miałam dobre wyniki badań) jak mięsa nie jem.

Nie wspominam już o robieniu dziwnych min, wzruszaniu ramionami, czy wykrzykiwaniu tak, aby wszyscy słyszeli "Jak to, to ty mięsa nie jesz?!"
No nie jem, ale czy to naprawdę takie dziwne w dzisiejszych czasach?
Dopiero, gdy przeprowadziłam się do mojego chłopaka, to mogłam odetchnąć z ulgą. W końcu nikt mi nie zagląda do talerza, mogę czuć się swobodnie podczas posiłków, nie ma dziwnych komentarzy i siłowego nakładania mi potraw.