"Nie biegnij, bo się zmęczysz"


Takie powiedzenie usłyszałam wczoraj w drodze na plaże.
Powiedziała, to matka do swojej małej córeczki, która chciała trochę sobie pobiegać. Normalnie, jak to dziecko.

Bo kto z nas (przynajmniej z pokolenia z lat 70-90) nie biegał w dzieciństwie od rana do nocy z kolegami? Nie skakał na skakance? Nie kąpał się w rzece?
Nie znam takiej osoby, która tego nie robiła.
Wtedy nikt nie miał nic przeciwko temu, nie było takiej nienormalnej "troski" o dzieci, jak teraz. I było super, wszyscy żyjemy.

Przez takie "nie biegnij, bo się zmęczysz" dzieci są otyłe, mają problem ze zrobieniem fikołka na wf-ie, częściej chorują i mają problemy z utrzymywaniem relacji międzyludzkich. Bo nie ma wtedy kolegów z którymi można pobiegać, pobawić się i porobić mnóstwo fajnych rzeczy.
Jest za to laptop/tablet/smartfon/ TV i ciągłe granie/oglądanie bajek/przeglądanie internetu.
I życie w sieci. Bo przecież to w realu nie jest ciekawe.

Czy zareagowałam jakoś na to powiedzenie matki?
Tak. Powiedziałam głośno "Nie biegnij, bo się zmęczysz, o kurde, a potem takie dzieci przychodzą do mnie otyłe".
Mamuśka to słyszała.
No cóż pozostaje mi liczyć na to, że coś do niej dotarło. Chociaż bardzo wątpię.

Na marginesie mamuśka w wieku 32-33 lata sama miała nogi, jak baleron, a tyłek jak szafę trzydrzwiową.
Myślę więc, że w tej rodzinie słynne powiedzenie "nie biegnij, bo się zmęczysz", jest przekazywane z pokolenia na pokolenie.

Wiem, trochę nieprofesjonalnie się zachowałam, ale jak to usłyszałam, to szczęka mi opadła i trzasnęła z hukiem o beton.
Jeszcze do tej pory jej z całości nie pozbierałam.