Pobyt w psychiatryku lekiem na mutyzm?



Czy wiecie na czym polega mutyzm wybiórczy (selektywny)?

W skrócie. Jest to zaburzenie o charakterze psychologicznym, które dotyczy głównie dzieci. Niekiedy trwa także w dorosłym życiu.
Polega ono na tym, że w sytuacjach stresowych człowiek nie może mówić.
Po prostu stoi sparaliżowany strachem i nie może wypowiedzieć słowa.
W tym wypadku pojęcie "sytuacja stresowa" może oznaczać np. wizytę u lekarza, zakupy w sklepie, egzamin w szkole czy odwiedziny u sąsiadki.
Czyli sytuacje zupełnie normalne dla człowieka bez tego zaburzenia.

Dlaczego o tym piszę?

Otóż dlatego, że mój kolega cierpi właśnie na to zaburzenie. Jest mu podwójnie trudno z tym żyć, ponieważ jest dorosłym człowiekiem, bez rodziny, ani innych bliskich osób. Mieszka on w wielkim mieście z kilkoma uniwersytetami w tym Uniwersytetem Medycznym.

Tydzień temu kolega poszedł prywatnie do lekarza psychiatry, aby uzyskać skierowanie do psychologa.
Niestety w gabinecie nie mógł wypowiedzieć, ani słowa. Był bardzo zestresowany.
Pani doktor zamiast zaproponować alternatywny np. pisenny sposób komunikacji bez zastanowienia wezwała pogotowie zapewne myśląc, że ma do czynienia ze świrem.
Karetka przyjechała pod gabinet lekarki i ratownicy zabrali kolegę do szpitala psychiatrycznego na postawie ustawy o zdrowiu psychicznym (czyli bez jego zgody), tylko dlatego, że kolega nie potrafił wydusić odpowiedzi na pytanie lekarki "po co przyszedł?".



Kolega spędził tam cztery dni. Przez trzy dni prosił personel oddziału o możliwość skontaktowania się ze swoim wujkiem w celu powiadomienia go, gdzie obecnie przebywa.

Pani pielęgniarka pracująca na oddziale obiecała, że zadzwoni. Później podczas obchodu kolega pyta się czy zadzwoniła. Ona, że próbowała, ale nie mogła się dodzwonić i zadzwoni ponownie później.
Więc za jakiś czas kolega ponownie się pyta, na co otrzymuje odpowiedź, że podał zły numer, co jest nieprawdą, bo kolega zna go na pamięć i bardzo często używa.

Pielęgniarka powiedziała, że może zadzwonić sam, ale dopiero jutro, bo na skorzystanie z telefonu musi wyrazić zgodę lekarz.
Następnego dnia kolega pyta się czy może zadzwonić do wujka.
Lekarz odpowiada, że nie, bo telefon jest schowany w depozycie i może jutro będzie mógł.

Trzeciego dnia w końcu ktoś z personelu przynosi telefon kolegi i udaje mu się skontaktować z wujkiem i powiadomić go gdzie jest.

Prosto po pracy wujek kolegi przychodzi do szpitala i chce rozmawiać z lekarzem. Otrzymuje odpowiedź, że w dniu dzisiejszym jest to niemożliwe, ponieważ lekarze pracują do 15:30, a było już po tej godzinie.

Nazajutrz rano wujek kolegi ponownie przychodzi do szpitala z dokumentami i po rozmowie z lekarzem kolega zostaje wypuszczony na wolność.



Jeszcze jeden "kwiatek" z tego szpitala.

Na izbie przyjęć kolega podał numer do swojego zakładu pracy w celu powiadomienia, że przebywa w szpitalu.

Gdy został wypisany zadzwonił do swojego szefa i powiedział, że już go wypuścili.
Na co szef zdumiony oświadczył, że oni nic nie wiedzą o jego pobycie w szpitalu, że już mają pracownika na jego miejsce i że on może co najwyżej iść na urlop. Kolega umowę ma do czerwca.
Szef powiedział także, że jest wkurzony na kolegę, że przez prawie tydzień nie dał znaku życia.
Całkiem możliwe, że ta umowa nie zostanie przedłużona przez zaniedbanie personelu pracującego w szpitalu.

Ja się pytam.

- Jakim prawem w szpitalu przetrzymywali człowieka bez możliwości kontaktu z kimkolwiek?
- Czy lekarz do którego zgłosił się kolega nie powinien wykazać się wnikliwością i zaproponować formę pisenną skoro widział, że człowiek jest przerażony i nie może wypowiedzieć słowa?

I najważniejsze pytanie:

- Czy sąd został powiadomiony o hospitalizacji pacjenta na podstawie art 24 Ustawy o zdrowiu psychicznym?
W takim wypadku powiadomienie sądu, jest pierwszym obowiązkiem szpitala.

Mój chłopak, który jest prawnikiem stwierdził, że to było pozbawienie wolności.
Wychodzi na to, że w Polsce najłatwiej zamknąć człowieka w psychiatryku, pozbawiając go możliwości kontaktu z otoczeniem zamiast pomoc mu wypowiedzieć się w spokojnej atmosferze.

Dodam, że w na oddziale był zatrudniony psycholog, który rozmawiał z kolegą dwa razy. Kolega poinformował go, że cierpi na mutyzm.

Drodzy Państwo: gdzie my żyjemy, że takie rzeczy się dzieją?!