Pomoc pijaczkowi czy przejść obok?



W Wielki Piątek w okolicach godziny 22, wracając ze spaceru z moim chłopakiem w Gdyni natknęliśmy się na pana, który leżał na chodniku zaraz obok przystanku autobusowego.

Leżał, miał zamknięte oczy i nie było z nim żadnego kontaktu.
Mój chłopak zaczął nim potrząsać i wołać do niego. Facet się obudził, ale kontakt był z nim mocno utrudniony. Do końca nie wiadomo czy był pod wpływem czy nie.

Więc decyzja. Dzwonimy na 112.

Wybieram numer i czekam na połączenie z operatorem. Po drugiej stronie dyżurny podnosi słuchawkę. Standardowa rozmowa. Mówię swoje dane, gdzie jesteśmy, że leży człowiek około czterdziestki, nie wiadomo czy pod wpływem czy nie, urazów żadnych nie widzę, przytomny, ale bez kontaktu.

Ok. Operator przełącza do dyspozytora medycznego.
Tam dalej standardowa gadka opisana już wyżej. W końcu dyspozytor kończy stwierdzeniem "Przyjedzie karetka" i się rozłącza.

Dobra czekamy. W międzyczasie dotarł do naszych nosów zapach alkoholu, a koleś postanowił się jednak odezwać i na wiadomość, że przyjedzie karetka zadał bardzo mądre pytanie: "po co?".
Powiedziałam, że właściwie, to nie wiem po co i że to będzie tylko stracony czas ratowników.
Kolesiowi to się nie spodobało, bo zapytał się "czy mam jakiś problem?" i popatrzył się na mnie z mordem w oczach (ja już wtedy wyciągałam z torebki gaz pieprzowy). Na szczęście koleś uznał, że "pier***", odszedł dwa kroki na przystanek i stanął tam sobie.

My czekamy dalej. 5,10,15 min karetki nie ma, koleś podsypia na stojąco, ja i chłopak marzniemy, bo było zimno (później okazało się, że jest zaledwie 2 stopnie).



W końcu jest. Z ciemności wyłania się karetka z dwoma ratownikami w środku. Panowie się zatrzymują, zapalają światło i otwierają drzwi karocy.
Jeden z nich wychodzi do naszego kolesia, drugi stoi w drzwiach.

Następuje dialog pomiędzy mną i chłopakiem, a jednym z ratowników:

R: Co się wydarzyło?
Ch: No leżał tutaj.
R: To wezwali państwo karetkę dlatego, że on leżał?!
Ch: No tak
R: Państwo są przewrażliwieni!! On jest pijany.
Ja: To pana nie uczyli w szkole, że jak człowiek śmierdzi alkoholem, to jeszcze nic nie oznacza?!

To pytanie zostało bez odpowiedzi. A szkoda.

Z dialogu pomiędzy naszym kolesiem, a drugim ratownikiem dowiedzieliśmy się, że jest on (koleś) z Wejherowa, że jedzie do domu (tylko akurat z tego przystanku nic do Wejherowa nie jeździ).
Na pytanie ratownika czemu leży na chodniku, że ludzie się niepokoją i czy nie może sobie usiąść na ławce odpowiedział, że "pier***".

Ratownicy stwierdzili, że na siłę nie ma sensu mu pomagać, wsiedli do karetki i odjechali. My też poszliśmy na dworzec. Koleś został.



Teraz tak.

Ja zdaje sobie sprawę z tego, że pogotowie nie jest od zbierania pijaczków z ulicy tylko od ratowania życia i zdrowia.
Ja wiem, że szpital nie jest przechowalnią, a karetka to nie taksówka.

Jednak zostawienie faceta, który ledwo chodzi i się zatacza, prawie nie kontaktuje samego na ulicy, gdzie jeżdżą auta i wystarczy jedno takie zatoczenie się i on może wpaść pod to auto moim zdaniem nie jest właściwe.

Dziwi mnie jeszcze jedna sprawa. Zachowanie pana ratownika, a konkretnie słowa, które do nas wypowiedział: "To wezwali państwo karetkę dlatego, że on leżał?!"
Mnie uczyli w studium farmaceutycznym i na kursach pierwszej pomocy, że należy dzwonić po pogotowie w takich przypadkach, że nigdy nie wiadomo co się dzieje z pacjentem i co jeszcze może się zdarzyć, że lepiej o pięć razy za dużo wezwać karetkę niż raz nie wezwać i przez brak pomocy człowieka nie uda się uratować.
Mam wtedy spokojne sumienie i mogę powiedzieć, że zrobiłam wszystko co mogłam w tej sytuacji.

Człowiek, to człowiek. Nie ważne czy pod wpływem czy nie.

A jakie jest Wasze zdanie na ten temat?


Jeżeli Ty lub ktoś z Twoich bliskich ma problem z uzależnieniem, to napisz do Internetowego Telefonu Zaufania dla Osób Uzależnionych i Współuzależnionych - przyjacieleanonimowi@gmail.com
Więcej informacji: www.pomocuzaleznionym.com